Vandog, czyli owczarek niemiecki na pokładzie

Van Life, jak wielu z nas podkreśla, to pewien rodzaj minimalizmu. Przemierzając kolejne kilometry samotnie, życie może obrać różne nieprzewidziane kierunki. Dobrze jest mieć kompana. Towarzysza rozmów, oddanego przyjaciela. Przynajmniej tyle.

 

Ja mam.

Mam „besite” na pokładzie. Mam owczarka niemieckiego.

Wschód słońca zwiastuje kolejny dzień. Dużo radości daje samo słońce, jak się pojawia. Stoimy przy morzu, na skrawku wydzielonego do parkowania terenu. Nie budzi mnie budzik. Kładąc się spać, nie myślę o kolejnym dniu i obowiązkach jakie na mnie czekają.

Za to wstaje rano wraz z pierwszym szczeknięciem. Szczeknięcie, to może nie jest dobrze dobrane słowo. Huk jak z armaty.

Mam na pokładzie swojego kampervana, półtorarocznego owczarka niemieckiego. Wariat niesamowity. Suczka. Dinara.

Większość moich poranków wygląda podobnie. Huk z armaty, serce zadrży, jestem jeszcze pół śpiący. Dinara rusza na podbój świata. Drzwi pozamykane, ale to nie jest dla niej przeszkoda. Jak nie można wyjść, to przecież można zrzucić maty termiczne z szyb i pokazać wszystkim do okoła, kto tu rządzi.

Czas wstać. Idziemy na spacer. Jest morze, jest super.

Woda dla mojego psa jest czymś w rodzaju narkotyku. Czasem zastanawiam się, czy przypadkiem nie ma domieszki Nowofundlanda w sobie. Potrafi przebywać tam godzinami. Pływa, biega i co oczywiste wraca cała mokra, w piasku, ziemi i postanawia zająć fotel pasażera. Nie robi już to na mnie wrażenia. W końcu nauczyłem się sprzątać kilka razy dziennie.

Dinara, jest specyficznym psem. Dotknęło ją wiele chorób. Wciąż ma problemy, z którymi nie możemy sobie poradzić.

Dinara w wieku ok. 5 miesięcy, oszalała. Tak, to jest właściwe słowo i nie ma w tym ani trochę przesady. Pamiętam, jak obudziłem się rano, wyszedłem z sypialni i nagle po nocy zobaczyłem szczeniaka, który patrzy w sufit i chce wejść na ścianę.

Zwęszyła coś pomyślałem. Ale, to nie było to.

Przestała jeść. To, co „miała w głowie” w tym momencie, absorbowało ją zupełnie. Wskakiwała na ściany i szczekała w powietrze. Pełna destrukcja. Jak się zmęczyła, przysnęła i znów wracała do swoich „demonów”. Nie było z nią kontaktu. Robiła tak na zewnątrz, w pomieszczeniach. W każdym miejscu.

Można jej było rzucić najsmaczniejszy przysmak, a ona i tak nie zwróciła na to uwagi.

Odwiedziłem dziesiątki weterynarzy, specjalistów, behawiorystów, trenerów psów. Nikt czegoś podobnego wcześniej nie widział. Podejrzewano wszystkie możliwe choroby. Zacząłem wykonywać badania, aby kolejno eliminować możliwe przypadki.

W trakcie tomografii komputerowej okazało się, że dodatkowo choruje na FCP. Dysplazja łokciowa. Dopiero co wyleczyłem ją z innej choroby kości. Dziesiątki RTG. Antybiotyki, specjalne zalecenia. Zaczęła kuleć. Nie mogła biegać. Nie mogący biegać owczarek niemiecki to prawdziwe wyzwanie dla właściciela.

Szalony i kulawy pies z nieuleczalną chorobą łokci. Diagnoza była jedna. Uśpić.

Nie zrobiłem tego. Nie umiałbym. 
Leczyłem ją. Operowałem. Spotkałem na swojej drodze wspaniałego chirurga zwierzęcego. Dinara przeszła artroskopie, wycięto jej również kawałek kości. Miała kilka tomografów komputerowych, kilkadziesiąt zdjęć RTG. Zjadła kilogramy lekarstw, według niektórych „widziała duchy”, a to wszystko jeszcze przed ukończeniem pierwszego roku życia.

Dziś jedziemy razem.
Mój pies na Van life’ie to prawdziwa rakieta. Ma energii za kilka psów. Biega, pływa, węszy, pilnuje. Wciąż ma nowe tereny do poznania, przestrzenie do biegania i wiele innych poznanych psów do zabawy.

Początki Vandoga na Van Life’ie były obfitujące w nieprzewidziane zdarzenie.

Już drugiego dnia wyjazdu Dinara postanowiła sobie zwiać. Wyskoczyła z auta i biegała jak szalona do małej miejscowości przy granicy z Czechami. Następnego dnia wpadła w ogrodzenie pod napięciem. Nie byłoby może nic w tym dziwnego, przecież nie jeden pies już się z tym zmierzył, tyle że ona akurat musiała się zaplatać. Nie mogłem jej wyciągnąć. Sam wpadłem w to ogrodzenie. Przeżyliśmy.

W Chorwacji uznała, że co jak co, ale trzeba przywitać się z turystami na plaży, więc wpadła z impetem i zlizała krem do opalania z jednej plażowiczki.

W Hiszpanii było ciekawie.

Dużo czasu tam spędziliśmy to i atrakcji nie mogło zabraknąć. Jak tylko zobaczyła, że odwróciłem wzrok, wskoczyła jednej parze do namiotu o poranku. Akurat się przebudzili. Otworzyli namiot żeby złapać trochę świeżego powietrza. Była w pobliżu. Nie patyczkowała się w kulturalne powitania. Po porostu wskoczyła i ich wycałowała.

Jeszcze tego samego dnia ukradła buta austriackiemu turyście, który akurat zszedł z gór, gdzie staliśmy. Chciał dać odpocząć nogom. Popatrzyła. Pewnie pomyślała: pobawię się z nim. No i buta nie było. Dużo się wtedy nasłuchałem. Dobrze, że nie znam niemieckiego.

Dinara to niezależny pies. Krnąbrny, mający własne zdanie i silny charakter. Wciąż widuje „duchy” i czasem biega, za czymś w powietrzu, ale ponad wszystko, dba o to, żeby nikt się do mnie nie zbliżył. Pilnuje „naszego domu”, podnosi głowę jak tylko ktoś wyciągnie rękę w moim kierunku.

Oddałem jej dużą część przestrzeni w kampervanie. Mam sprzątania jak w hausekeepingu. Czasem wytarza się w śmieciach. Nos odpada.

Nie oddałbym jej za nic.

o mnie: vangrants.com

 

 

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o