Moja Szwajcaria, prawdziwe trzęsienie ziemi..

Przeszłość. Marzenia, marzeniami, ale w życiu musi przyjść taki moment kiedy dostajesz porządnego kopa w tyłek i wiesz, że musi się coś zmienić. 

W moim przypadku, nie było inaczej. Pomysł o Szwajcarii, żeby zamieszkać, żyć pracować i zacząć nowy rozdział życia rozpoczął mój ówczesny najdroższy. To on rozpalił myśl o wyjeździe, a Szwajcaria wydała się wręcz idealna do tego celu. Od pomysłu, planu i realizacji minęło trochę czasu. On wcześniej wyjechał.

Celowo nie używam słowa chłopak, bo trochę już stara jestem, a określenie partner wydaje mi się takie zimne. Ostatecznie może być partner biznesowy, do brydża i co kto wymyśli.

Wracając do tematu.

W marcu dostałam telefon, “słuchaj Żaba może byś przyjechała do mnie na parę dni?” Dwa razy nie trzeba było mówić. Urlop w pracy, kupno biletu i pakowanie plecaka. I tak oto ruszyłam pełna nadziei i mieszanych uczyć w kierunku Melchsee- Frutt w Kantonie Obwalden. Mój drugi kontakt z Alpami.

Nie wiedziałam, co z tego wyjdzie, bo w ostatnim czasie nasz związek przeżywał mały kryzys, wydawałoby się związany ze stresem, rozstaniem i nowym początkiem mojego najdroższego, ale pojechałam.

Po około 20 godzinach podróży dotarłam na miejsce i co tu dużo mówić byłam, oczarowana, zakochana, oszołomiona samym wjazdem na prawie 1900 m. Już moje oczy się śmiały na stacji w Sarnen widząc ośnieżone szczyty w kontraście z wybuchającą kolorową wiosną.

W gondoli ze Stöckalp na górę, nie przeszkadzały mi brudne okna, porysowane szyby. Dobrze, że sezon na muchy jest póżniej, bo pewnie sporo bym ich wyłapała.

Na miejscu mój najdroższy powitał mnie z serduszkiem, gorącym pocałunkiem, zapewnieniem, że się stęsknił i “moja dziewczyna” do mnie przyjechała.

Taaaa… a co było dalej. Przepis na rozstanie, które zapamiętasz do końca życia.

Na miejscu byłam, trzy albo cztery dni. Były spacery w zimowej scenerii, spacery przy pełni księżyca, biegówki no i oczywiście miłosne igraszki.

W ostatni poranek po wspólnie spędzonej nocy, pakując plecak z powrotem do domu, usłyszałam z kierunku łóżka. Nie żeby stanął przede mną spojrzał w oczy i powiedział. Nie, nie leżał na brzuchu z głową w poduszce i wyraźnie powiedział, że to koniec, że on już nie chce ze mną dłużej być. Na pytanie dlaczego ściągnął mnie, aż tutaj? Skoro nic nie czuł mógł sprawę załatwić przez telefon, bolałoby tak samo, ale przynajmniej mogłam się rozpaść we własnym pokoju. Usłyszałam w odpowiedzi: “Bo chciałem Ci Alpy pokazać.” Wiesz jak się poczułam? Jak prywatna dziwka na telefon.

Jasne, że jadąc do Szwajcarii takie myśli też mi przechodziły przez głowę, w końcu spodziewaj się najlepszego ale przygotuj się na najgorsze.

To rozstanie nie było dla mnie wbiciem szpileczki, żeby dotknąć żeby dokuczyć, żeby zabolało, to było na żywca nabijanie na pal. Swoisty sadyzm. W końcu wiedział że dla niego zrobię naprawdę wiele, że kocham góry i uwierzyłam w nowy wspólny początek na szwajcarskiej ziemi. A to było na zasadzie pokażę Ci to wszystko, czego nie będziesz mieć. Szatański plan zrealizowany z  niesamowitą dokładnością i precyzją. Taki był oto koniec prawie siedmioletniego związku z nadziejami.

Wiecie jak wyglądała powrotna droga do domu? Tak szczerze nie pamiętam, jak nie spałam to łzy leciały mi ciurkiem. Niczym nie powstrzymana fala łez płynęła i płynęła i płynęła swoistym potopem. 

Oczywiście, że w każdym związku są dwie strony. Każda ma swoje za uszami i święta też nie byłam. Były lepsze i gorsze momenty, ale gdy jest chęć znalezienia kompromisu z obu stron to można? Jasne, że można. 

Słowo klucz… Jak się chce. Zapamiętać jeżeli mężczyzna nie traktuje Cię priorytetowo nie ma dla Ciebie czasu i nie myśli o Tobie, “bo ty sobie poradzisz”. Jeżeli bycie razem przypomina jazdę na rollercosterze, góra dół i ciągłe bycie w gotowości i niepewność. Uciekaj, bierz nogi za pas zanim zaczniesz myśleć o czymś więcej. Nieważne, że w łóżku jest super. Z łóżka w końcu się wychodzi, a wtedy problemy zaczynają się już na wysokości wspólnego śniadania.

Generalnie, patrząc już na wszystko z perspektywy czasu, to trzymało nas przyzwyczajenie, a żadne z nas nie miało odwagi powiedzieć w odpowiednim momencie „dość”. 

Jakieś dwa miesiące po rozstaniu, coś zaczęło do mnie docierać. Tylko ode mnie zależy co będzie dalej. Od nikogo innego. W życiu są dwa wyjścia, albo się poddasz i resztę życia będziesz biadolić, że coś się skończyło, albo będziesz walczyć. A ja poddać się nie miałam zamiaru. W międzyczasie pisałam dziennik, pamiętnik, o tym jak zmieniały się moje uczucia i ja po rozstaniu.

Jako zamknięcie pewnego etapu, dziennik ten wysłałam mojemu ex.

Moje katharsis i odrodzenie niczym feniks z popiołów w jednym.

karkaozi

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o