Van life. Wyspiarskie życie, koniec samotności cz.I

Z hukiem wpadam na Sardynię. Jest kilkanaście minut po godzinie 7 rano. Niedziela w pierwszym tygodniu listopada. Zbliża się koniec roku 2019. Jako pierwszy opuszczam prom. Mój samotny Van Life trwa w najlepsze.

 

Ponad 13 godzin na promie. Cała noc nieprzespana. W swoich myślach jeszcze kilkanaście godzin temu miałem tylko znalezienie kawałka parkingu i długą drzemkę. Ponad 13 godzin z 1,5 rocznym owczarkiem niemieckim na promie pełnym ludzi i ku mojemu zaskoczeniu innych psów, to ciężka robota. Żeby odseparować Dinarę – mojego psa od innych, spędziliśmy nic na podłodze przy śmietniku. Czad.

Moim oczom pokazuje się Sardynia.Van Life trwa w najlepsze. Czy to będzie dla mnie koniec samotnej tułaczki?

Wow. Słońce. Po ponad 3 tygodniach ciągłego deszczu i wiatru jest ciepło. Ponad t3 tygodnie z mokrym psem, w mokrych ciuchach, bo przecież nic mi nie wyschło. Poziom wilgotności był tak wysoki, że tylko bieliznę mam suchą. Na szczęście.

Zrzucam z siebie polar, ciepłe spodnie i wskakuje w spodenki. Jeszcze na parkingu w porcie. Jesteśmy w Golfo Aranci. Przypłynęliśmy z Livorno we Włoszech.

Już dobrych kilka miesięcy jedziemy samotnie. Ja Dinara i nasz „dziadek”, ponad i 21-letni mercedes sprinter. Prawdziwy weteran. Domek na kółkach.

Żeby złapać kontakt z ludźmi, piszę post w grupie Polaków na Sardynii.

Wrzucam kilka informacji o sobie, szukam chętnych, żeby się spotkać, pogadać. Odbija mi od bycia samemu. Gadam do siebie. Gadam do psa. Gadam do samochodu.

Moje myśli wciąż chodzą po terenach przeszłości. Analizuję. Rozbieram na czynniki pierwsze. Składam ponownie. Wciąż wyciągam nowe wnioski. Trucizna. Zabija mnie to. Muszę znaleźć jakieś zajęcie. Muszę dotrzeć do ludzi. Muszę się na chwilę oderwać. To klatka. To droga do nikąd.

Ruszamy. Zjeżdżamy do Olbii. Dopada mnie coraz większe zmęczenie. Zatrzymuje się na parkingu przy centrum handlowym. Idziemy na spacer. Widzę, że Dinara też odczuła wysiłek przeprawy promem. Kręci się bez celu. Losy mojego psa i jego problemów opisałem w tym artykule. Ciężka sprawa. Żyjemy nadal razem.

Widzę gromadzące się chmury. Tylko nie to, myślę. Siadam w aucie. Zaczynam szukać plaży. Miejsca w pobliżu, gdzie podjedziemy i złapiemy trochę sił. Gdzie się zregenerujemy. Trafiam dla cala…

Kolejny poranek wygląda inaczej. Budzimy się na pięknej Sardyńskiej plaży. Chmury wciąż nad nami. Będzie padało. Dziś mi to już mniej przeszkadza. Siadamy na piasku. Dinara odżyła. Zaczęła biegać. Szaleje. Pływa. Cieszę się. Lubię ten widok.

Znów rozmyślam co dalej. Patrzę, na konto, ile mamy jeszcze kasy. Topnieje jak lodowce. Muszę coś wymyślić. Trzeba zarobić. To za chwilę. Odpocznijmy. Zostańmy jeszcze jeden dzień tutaj. Jest bar na plaży. Widzę, że otwarty powinien być ok 17stej. Super. Pójdę na małe piwo. Może znają angielski, pogadam. Odezwę się.

To niewiarygodne jak niewiele w życiu nam trzeba. Czasem wystarczy, tylko ktoś z kim możesz wymienić kilka zdań, pośmiać się. Nic więcej. To są moje wszystkie oczekiwania. Nic więcej nie potrzebuje w tej chwili.
Nie mam nic. W zasadzie to nie ma żadnego znaczenia. Bo właśnie w tej chwili uświadamiam sobie, że mogę wszystko. Że nie mam ograniczeń. Nie mam ograniczeń w głowie. Nic nie blokuje. Nie tłumacze sobie, że muszę to albo tamto. Że ni mogę tego albo tamtego. Moje życie jest jednym wielkim porywem wiatru w tym momencie. Patrze, na morze, patrzę na ptaki, na otaczające mnie piękno. Świat jest niesamowity. Wszystko, czego potrzebuje to tylko być częścią jego.

Nie chce być trybikiem machiny pod tytułem: pieniądze. Nie chce, żeby napędzała konsumpcja. Nie chce myśleć o problemach i starciach z innymi ludźmi. Każdy jest z nas podobno inny. A co jeśli jednak wszyscy jesteśmy tacy sami. Tylko istniejemy na różnych poziomach świadomości zagubienia.

Nie doceniasz kropli deszczu i śpiewu ptaka, ale rozczulasz się na brazylijskiej telenoweli. Społeczeństwo 21 wieku. Pokolenie posiadania. Pokolenie zdobywania. Pokolenie zguby. Bo jeśli nie zadbasz o to, co daje Ci żyć, tak jak chcesz przeżyć?

Ruszamy w dół wyspy, kierujemy się na południe.

Na północnym zachodzie Sardynii, przepięknej wyspy, okazuje się, że nie ma dla nas dużo miejsca.

Dużo zakazów wejścia z psami, zakazy parkowania kamperów. Miejsca, które wydają mi się dla nas najbardziej odpowiednie, okazują się niedostępne. Nie ryzykuje starcia z Carabinieri. Jestem tu dopiero trzeci dzień. Szanuje wymagania Sardyńczyków. Jestem ich gościem, nie będę brudził im w domu. Jedziemy dalej.

Na poszukiwaniu dobrego miejsca, zakupach i poszukiwaniu wody, ucieka nam cały dzień. Jest 23 godzina. Wciąż krążymy. Nie mam już siły. Odpuszczam, stajemy pod lampą na ulicy w małej wsi. Żeby tylko się przespać. Po całym dniu za kierownicą zaczynam popełniać, błędy. Mniej widzę, brak skupienia nie pozwala mi reagować odpowiednio. Zatrzymujemy się. Musimy.

Dinara jest padnięta.

Kilka krótkich przebieżek to wszystko, co dziś dostała od życia. Wychodzimy na krótki spacer. Badamy okolice. Pusto, cicho, ciemno. Lepiej było w ostatnich nocach na cmentarzach. Oświetlone, spokojne, patrolowane przez Carabinierii.

Zostajemy. Byle do rana. Rano ruszymy dalej wybrzeżem. Oby tylko nie padało. Tak niewiele nam trzeba, ale akurat tego, co nie jest zależne od nas w tym momencie. Wszyscy tak mamy. Każdy potrzebuje czegoś, na co nie ma wpływu. Dlaczego? Co jest w naszych głowach takiego przyciągającego potrzeby.

Zasypiamy. Dinara nawet nie podnosi głowy, jak do niej mówię. Ma dość. Ja też. Do rana.

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o